Sędzia z brzuszkiem nie budzi szacunku - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Sędzia z brzuszkiem nie budzi szacunku

Biega wszędzie – w mieście, na wsi, w górach, po schodach, po pustyni. Zabrzanin Tomasz Sadło jest sędzią i zapalonym biegaczem. Obie pasje łączy na profilu Sędzia biega.

* To przewrotne sformułowanie dotyczy dwóch Pana pasji. Skąd takie połączenie?

Sport stanowi ważną część mojego życia. Na moim prywatnym koncie na Facebooku często umieszczałem relacje z treningów czy zawodów. Wpisy oceniane były pozytywnie przez znajomych. W pewnym momencie dwie bliskie mi osoby zachęciły mnie do stworzenia profilu, do którego dostęp miałoby szersze grono odbiorców. Jako, że blogów czy profili sędziów piłkarskich jest niewiele, a blogów sędziów, którzy biegają maratony i uprawiają triathlon, nie ma wcale, postanowiłem takowy stworzyć. Formuła się chyba sprawdziła, bo obecnie śledzi mnie kilkaset osób z całej Polski.

* Te dziedziny w wielu miejscach się chyba przenikają – bieganie wydaje się dla sędziego nieodzowną częścią pracy.

Jak najbardziej. Chyba nikt nie wyobraża sobie, by sędzia piłki nożnej nie miał dobrej kondycji i nie potrafił biegać za akcją podczas zawodów. Obecnie postrzeganie sędziów na najniższych szczeblach rozgrywek piłkarskich w Polsce jest raczej słabe. A winni są tego w dużej mierze sami sędziowie, nie dbający o kondycję i wygląd. Z „brzuszkiem” nie wzbudzają szacunku, nawet jeśli potrafią dobrze sędziować. Podczas meczów pojawiają się pretensje zawodników do sędziów, iż ci nie nadążają za akcją i nie widzieli dobrze sytuacji.

* Ale sprawność fizyczna sędziów jest chyba sprawdzana?

Wszyscy sędziowie zdają na wiosnę egzaminy. Lata temu był to test Coopera, w którym w czasie 12 minut trzeba było wybiegać jak najdłuższy dystans. Obecnie egzamin polega na przebiegnięciu sześciu 40 metrowych sprintów oraz zaliczeniu testu interwałowego (75 m biegu w 15 s przeplatane 25 m marszem w max 22 s – 40 powtórzeń). W odróżnieniu od testu Coopera, gdzie bieg był ciągły, obecny test jest bardziej podobny do poruszania się sędziego na boisku. Jeśli chodzi o umiejętności sędziowskie, to jest wielu arbitrów lepszych ode mnie, ale podczas zawodów dzięki świetnej kondycji jestem blisko akcji, dzięki czemu mam o połowę mniej pretensji zawodników. Często zdarzają się sytuacje na boisku, że zawodnik upada i krzyczy „Panie sędzio, nie widział pan tego?”, a ja mu na to „Co tak krzyczysz, przecież jestem obok ciebie”. Odpada argument piłkarza, że byłem daleko od akcji i źle widziałem.

* Jakie zawody najczęściej Pan sędziuje?

Sędziuję przede wszystkim zawody organizowane w podokręgu, obejmującym teren Zabrza, Gliwic oraz powiat gliwicki. Obecnie posiadam uprawnienia do sędziowania A, B, C klasy (3 ostatnie szczeble rozgrywek piłkarskich w Polsce) oraz lig młodzieżowych, które to mecze przynoszą mi zawsze najwięcej satysfakcji, ponieważ uwielbiam uczyć dzieciaki przepisów oraz szacunku do sędziów i przeciwników. Prowadzę również ligi środowiskowe – kiedyś nazywano je ligami podwórkowymi, turnieje halowe organizowane przez kluby lub osoby fizyczne, turnieje charytatywne, branżowe turnieje mistrzowskie. Posiadam również uprawnienia do sędziowania II ligi futsalu (trzeci poziom rozgrywek w Polsce).

* Nie sposób uciec od pytania o słynne od kilku lat afery korupcyjne. Czy spotkał się Pan osobiście z tym zjawiskiem?

Gdy zaczynałem sędziować, nasłuchałem się od starszych kolegów, jak kiedyś załatwiano „dobre” wyniki. Jako były zawodnik wkurzałem się, słysząc takie opowieści. Przez całą karierę sędziowską tylko raz próbowano mnie przekupić i to… pierogami. Dwa lub trzy lata temu na lidze trampkarzy (wiek ok.9-10 lat) grała drużyna z czołówki tabeli z drużyną zajmującą ostatnie miejsce. Przed meczem jeden z zawodników słabszej drużyny poprosił, abym za pierogi, które robi jego babcia, podyktował choćby rzut karny dla nich. Oczywiście karnego nie było – drużyna przegrała 20 lub więcej do zera. Tydzień później ta sama drużyna grała z inną drużyną. Po kolejnej przegranej spotkałem opiekuna chłopaka i opowiedziałem zeszłotygodniową historię, na co on odpowiedział: „To szczeniak! Pierogi mojej żony za karnego będzie oddawał”. Często się zdarza, że zawodnicy czy kibice krzyczą: „Ile Ci dali?” albo „Do Wrocławia!”. Mnie się akurat przykro robi i już wolę, jak krzyczą, że jestem ślepy.

* A jak zaczęła się przygoda z bieganiem?

Już w szkole podstawowej zwyciężałem w biegach przełajowych, choć ich nie trenowałem. W szkole średniej aż do matury grałem w piłkę w B – klasie. Na studiach piłka dalej była, tyle, że już halowa, futsal. Wtedy zainteresowałem się sędziowaniem. Szkopuł polegał na tym, że aby zostać sędzią futsalu, trzeba było najpierw zostać sędzią na dużym boisku. W 2006 roku ukończyłem kurs na sędziego i od tamtej pory z niewielkimi przerwami sędziuję do dzisiaj. W tym samym roku, zaraz po obronieniu pracy magisterskiej (temat: „Zarządzanie klubem sportowym na przykładzie Sportowej Spółki Akcyjnej Górnik Zabrze”) zacząłem intensywnie biegać. We wrześniu ukończyłem mój pierwszy bieg na 10km w Knurowie, by po kolejnym miesiącu przebiec w Katowicach półmaraton. Jak ja podczas tego biegu umierałem… Trochę mnie to zniechęciło i bieganie poszło w odstawkę, aż… do Wigilii 2010 roku, kiedy to od brata dostałem książkę o bieganiu („Bieganie metodą Galloweya”). Od tego momentu regularnie biegam. Co roku stawiałem sobie wyższe cele biegowe i je realizowałem. Najpierw w 2012 r. przebiegłem maraton we Wrocławiu, w kolejnym roku zacząłem biegać w górach i na jesień przebiegłem Maraton Beskidy. W 2014 roku razem z partnerem przebiegliśmy w Bieszczadach Bieg Rzeźnika (78 km) z rewelacyjnym jak na debiutantów czasem 11 godzin 45 minut. Od tamtej pory jestem ultrasem czyli zawodnikiem, który przebiegł dystans dłuższy niż maraton. W kolejnych latach wydłużałem dystans biegów, by w 2016 roku przebiec Bieg Siedmiu Dolin – rozgrywane w Krynicy Zdrój zawody na 100 km. W zeszłym roku udało mi się ukończyć najtrudniejszy bieg ultra w Polsce – Bieg Ultra Granią Tatr, o którym pisaliście w sierpniu. Od zeszłego roku zacząłem uprawiać również triathlon. Ukończyłem zawody w Pszczynie (1/8 Ironman) oraz w Mietkowie (dolnośląskie) na dystansie 1/4 Ironmana. Moim marzeniem jest ukończenie zawodów Ironman (1,9km pływania, 180km jazdy na rowerze, 42,2km biegu) – daję sobie na to jeszcze 2 lata.

* Jaki styl uprawiania tego sportu Pan preferuje – samotne bieganie po lesie czy raczej udział w biegach masowych?

Ze względu na fakt, iż jestem sędzią, a większość spotkań rozgrywanych jest w weekend, nie mam możliwości częstego udziału w biegach masowych. Wybieram tylko kilka biegów w roku. Są to przeważnie dwa starty główne (jeden maraton uliczny, drugi to bieg ultra) oraz starty kontrolne, przygotowujące do głównych imprez. Większość treningów odbywam samotnie. W tygodniu biegam wieczorami, gdy moje dzieci już śpią, niestety głównie po asfalcie. Natomiast w weekend, gdy nie mam do prowadzenia żadnych zawodów jako sędzia, wyjeżdżam z samego rana z kolegami w góry lub odkrywam nowe miejsca w najbliższej okolicy. Dwa lata temu przebiegłem całą ulicę Wolności – od granicy z Gliwicami do granicy z Rudą Śląską – w tą i z powrotem (około 20km). Natomiast w zeszłym roku najprawdopodobniej jako pierwszy przebiegłem (na treningu) liczący prawie 55 kilometrowy szlak rowerowy wokół Zabrza. Zajęło mi to 5 godzin i 13 minut. Szlak jest piękny i zróżnicowany. Polecam na rodzinne wypady. W tym roku zacząłem biegać… po torach i nasypach kolejowych. W Zabrzu istniało wiele tras kolejowych. Obecnie likwiduje się szlak kolei piaskowej, stąd istnieje możliwość przebiegnięcia jego części z Osiedla Kopernika aż do pola golfowego w Bytomiu. Przy okazji ogląda się dawną infrastrukturę kolejową, jak również piękne widoki. Został mi jeszcze do przebiegnięcia odcinek od DTŚ przy Wiatraku do kopalni Makoszowy, oraz odcinek od Mikulczyc do okolic Hanuska, powiat tarnogórski (około 30km). Z ciekawych biegów masowych brałem udział w maratonie w Koszycach (najstarszy maraton w Europie), w Atenach (historyczna trasa pierwszego maratonu) oraz w Berlinie, gdzie odbywa się jeden z największych maratonów na świecie – ponad 30 tysięcy zawodników, do tego niesamowici kibice. Warte przeżycia.

* Proszę o kilka porad dla osób, które chciałyby rozpocząć przygodę z bieganiem. Od czego zacząć?

Nie jestem trenerem biegowym i pewnie w samym Zabrzu jest kilkanaście osób, które są bardziej biegłe w tym temacie. Ale mogę opowiedzieć, jak to było u mnie. Gdy w 2011 roku rozpocząłem swoją przygodę z bieganiem na poważnie, nie potrafiłem przebiec 5 kilometrów. Wtedy za radą Gallowey’a  zacząłem uprawiać… marszobiegi. Najpierw 2 minuty biegu, następnie minuta marszu i tak w sumie około 30 minut 3 razy w tygodniu. W kolejnych tygodniach zwiększałem czas biegu, a skracałem czas marszu, jednocześnie zwiększając czas treningu do około godziny. A potem i dłużej. Po roku czasu w ten sposób pokonałem swój pierwszy maraton (tam cykl był: 5 km biegu i 100 m marszu). Uważam, że jest to idealna metoda dla początkujących. Jak sobie przypominam teraz moje początki i tamten kilometraż, to uśmiecham się pod nosem, bo obecnie zdarzają mi się treningi trwające po 2 czy 3 godziny. Czyli po pierwsze: marszobieg. Po drugie: buty. Absolutnie muszą to być buty biegowe, ale nie jest też konieczne wydawanie dużych pieniędzy. Znam osobę, która przebiegła maraton w butach zakupionych w jednej z sieci handlowych. Po trzecie: najlepiej biegać po parkach, alejkach lub… po górach. Im mniej asfaltu, tym lepiej dla naszych stawów i mięśni. Przy okazji zapraszam do uczestnictwa w cyklicznej imprezie, która odbywa się w Gliwicach przy ulicy Chorzowskiej (koło byłej dyskoteki Bravo). Gliwicka Parkowa Prowokacja Biegowa w każdą ostatnią sobotę miesiąca organizuje tam zawody dla amatorów na dystansie od 4 do 21km. Każdy może przyjść i spróbować swoich sił.

* Co sądzi Pan o diecie w bieganiu? Znam opinie, że jeśli chodzi o wydolność organizmu, dieta odpowiada za 70-80 %, a trening za 20 – 30%.

Dieta w bieganiu jest ważna, ale… ja jej nie stosuję. Jestem łakomczuchem i jem wszystko, oczywiście wszystko w rozsądnych ilościach, chociaż ze słodyczami na pewno przesadzam. Trenuję dla przyjemności, dla siebie. Myślę, że gdybym trzymał dietę „sportową”, moje wyniki byłyby około 10-20% lepsze. Za to w ogóle nie piję alkoholu.

* Do jakich startów aktualnie się Pan przygotowuje?

W tym roku mam 3 główne starty. Pierwszym jest maraton, który 22 kwietnia odbędzie się w Madrycie. Wcześniej, 7 kwietnia na przetarcie pobiegnę w biegu na 10 kilometrów w Częstochowie. Kolejną ważną dla mnie imprezą jest lipcowy bieg w Lądku – Zdrój na dystansie 130 km, podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich. Jest szansa, że w trakcie biegu zdobędę kolejne 4 szczyty z Korony Gór Polski, które od kilku lat biegowo zdobywam. Spodziewam się, że bieg zajmie mi ponad 20 godzin, co będzie moim osobistym rekordem. Ostatnim ważnym tegorocznym celem jest ukończenie „połówki Ironmana” na sierpniowych zawodach w Katowicach.

 


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud