Każdy z nas doszedł do swojej granicy - Nowiny Zabrzańskie

TA STRONA UŻYWA COOKIE. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Akceptuj pliki Cookies
Więcej informacji

Każdy z nas doszedł do swojej granicy

Jarosław Botor z wyprawy na K2 wrócił wcześniej niż zakładał. Ale nie tylko jego wyjazd z Pakistanu był wbrew planom narodowej ekspedycji. Szczytu nie zdobyto, a atmosfera w zespole okazała się nie najlepsza. Zabrzanin opowiada m.in. o akcji na Nanga Parbat i decyzji Denisa Urubki.

Zdobył pan szczyt? Oczywiście poza szczytem egoizmu, który został osiągnięty w dniu wyjazdu do Pakistanu.

Chyba tak. Mimo, że nie udało mi się zostać do końca wyprawy i że nie zakończyła się ona pełnym sukcesem, czyli wejściem na szczyt K2, to wydaje się, iż każdy z nas doszedł do swojej granicy, każdy mógł się sprawdzić.

Szczyt został osiągnięty, bo uczestnictwo w narodowej wyprawie było spełnieniem marzeń? Ja myślałam o innym szczycie. O akcji ratunkowej na Nanga Parbat. Za jej przeprowadzenie byliście chwaleni pod niebiosa.

Wychwalanie nas pod niebiosa to duża przesada. Byliśmy przygotowani do ewentualnej akcji ratunkowej na K2. Schemat działania, gdy zaszła taka potrzeba, przenieśliśmy na Nanga Parbat. Trzech uczestników wyprawy było na tej górze wcześniej, wspinali się też zimą, dzięki czemu łatwiej było ocenić sytuację. Oczywiście nie bez znaczenia jest to, co zrobili Adam Bielecki i Denis Urubko. Adam, dwa lata wcześniej, razem z Jackiem Czechem spędzili pod Nangą ponad miesiąc. Wtedy nie udało im się wejść tak wysoko jak teraz, pod koniec stycznia, nocą, w ciągu 8 godzin. Jasne, że chłopakom sprzyjały nie najgorsze warunki pogodowe, były liny poręczowe. Nie zmienia to jednak faktu, że ich dokonanie to duży sukces.

Ale sukces w części wspólny, bo dowodzi, że byliście świetnie przygotowani do akcji ratunkowej na K2.

Profesjonalizm akcji ratunkowej polega na spokojnym przeanalizowaniu wariantów działania podczas takich sytuacji. Najlepiej jeszcze w kraju, w ciepłym pomieszczeniu, z kawą w ręku.

Jak szybko zapadła decyzja o rozpoczęciu akcji?

Gdy dowiedzieliśmy się, że Elisabeth Revol i Tomasz Mackiewicz mają kłopoty. Na początku nie było wiadomo, jak duże i gdy w końcu stało się jasne, że są w szczelinie i Tomek nie może się poruszać, rozmawialiśmy z kierownikiem, Krzyśkiem Wielickim, by nas przetransportował pod Nanga Parbat. Wiedzieliśmy, że jesteśmy jedyną ekipą w tym rejonie, zaaklimatyzowaną do tych wysokości; jedyną, która może im pomóc.

Od razu było wiadomo, kto idzie?

Zostaliśmy wybrani, choć wszyscy uczestnicy wyprawy zadeklarowali swój udział. Jasne jednak było, że najlepiej, by polecieli ci, którzy znają górę, którzy już się na tej ścianie wspinali, czyli Denis Urubko, Adami Bielecki i Piotrek Tomala. Ja dołączyłem do zespołu, bo ze względu na moje medyczne wykształcenie, a dzięki codziennej pracy w śmigłowcu ratunkowym miałem pomysł na wykonanie akcji. Uczestniczyłem również w przygotowaniach do ewentualnej akcji ratunkowej na K2. Obsługiwałem sprzęt, wiedziałem, gdzie, co jest.

Co powiedziała Elisabeth Revol na Nanga Parbat? Jej późniejsze relacje wydawały się sprzeczne. Najpierw tłumaczyła, że była przekonana o przylocie śmigłowców mających zabrać Tomasza Mackiewicza i mówiła, że zapewniła go o tym przed odejściem. Innym razem wyjaśniała, że nie było z nim żadnego kontaktu. Czy tę niespójność można wyjaśniać?

Na Nanga Parbat, w czasie akcji powiedziała, że z Tomkiem nie było kontaktu, nie współpracował, nie potrafił zejść. Nie był zorientowany w czasie i przestrzeni. I to było dla nas wskazanie, po 3 nocach i 2 dniach spędzonych przez niego na wysokości 7 tys. m, by go nie szukać, bo to zbyt ryzykowne, nieprofesjonalne, zagrażało życiu i zdrowiu ekipy ratunkowej. Jest bardzo prawdopodobne, że wtedy już nie żył. A jak tłumaczyć relacje Elisabeth? Też się nad tym zastanawiałem. Tomek miał obrzęk mózgu. Jeden z objawów tej choroby wysokościowej manifestuje się m.in. utratami świadomości i jej odzyskiwaniem na krótki czas. Tylko tak potrafię wyjaśnić to, że w jej relacjach raz jest przytomny, a innym razem nie.

Tuż przed pana wyjazdem do Pakistanu dyskutowaliśmy o egoizmie himalaistów, o ryzyku, które towarzyszy zdobywaniu szczytów. Niestety, znów okazało się, że nie bez powodu. Jakie były pierwsze minuty po spotkaniu Elisabeth Revol? Domyślam się, że szczęśliwe i dramatyczne. Zrezygnowaliście przecież z ratowania Tomasza Mackiewicza.

Z jednej strony czuliśmy spełnienie, wykonaliśmy część zadania. Ale gdyby Elisabeth nie zaczęła schodzić, pewnie byśmy jej nie uratowali. Liczyliśmy się z tym, że akcja może zakończyć się kompletnym fiaskiem, że obydwoje zostaną na Nanga Parbat. Tym większa była nasza satysfakcja, że udało się ją ocalić.

Zaskoczyło was, że schodziła?

Zaskoczyło, ale prawdopodobnie dzięki temu żyje. Na 6100 m.n.p.m. czyli wysokości, gdzie spotkali ją Denis i Adam przebiegała pogodowa granica. Tam warunki były w miarę dobre, sprawnie można było działać. Nad ranem, gdy wspólnie zaczęli schodzić, wiatr był już tak silny, że istniało niebezpieczeństwo dla całego zespołu. Nawet Adam i Denis mieli problem z poruszaniem się. Był moment, że Piotrek Tomala i ja zaczęliśmy wspinaczkę. Po 2 godzinach niebezpieczeństwo zostało zażegnane, my wróciliśmy do obozu, bo cała trójka weszła do kuluaru. Byli niżej, wiatr szalał powyżej 6000 m., choć miał tendencje do schodzenia.

Jaki był plan na później?

Liczyliśmy się z nadchodzącym, kilkudniowym załamaniem pogody, dlatego zabraliśmy dużo sprzętu. Z Piotrkiem rozstawiliśmy obóz na 4900 m, by w razie pogorszenia pogody udało się nam – Elisabeth, Tomkowi i naszej czwórce przetrwać kolejne 3- 4 dni. W takiej pogodzie nikt by po nas nie przyszedł, żaden śmigłowiec nie przyleciał. Na szczęście Elisabeth, Denisowi i Adamowi udało się uciec przed pogorszeniem pogody. Gdyby Elisabeth została na wysokości 6400 m., gdyby nie kontynuowała zejścia, pewnie by nie przeżyła. 300 metrów zaważyło na wszystkim. Trochę wyżej warunki nie sprzyjały nikomu, a pokonanie tej odległości mogło zająć kilka godzin.

Wróćmy do emocji, do tego, co wtedy czuliście. Po radości, był pewnie dramat. Dlaczego zrezygnowaliście z szukania Tomasza Mackiewicza?

Piotrek i ja byliśmy w obozie, ale mieliśmy stały kontakt z Denisem i Adamem. Słyszeliśmy ich pierwszą rozmowę z Elisabeth i tak jak oni cieszyliśmy się ze spotkania. Chwilę później rozmawialiśmy już o Tomku, wypytywaliśmy o niego. Jego partnerka była jedynym, wiarygodnym źródłem informacji. Poprzednie mieliśmy sprzed 2 dni, nie mogły być aktualne. Dlatego tak ważna była dla nas jej ocena sytuacji. Powiedziała to, o czym już rozmawialiśmy – że Tomek był w ciężkim stanie, że miał odmrożenia, że nie był w stanie schodzić, że nie współpracował. Oczywiście wtedy nie podjęliśmy decyzji. Zrobiliśmy to po konsultacji z będącym w Polsce, lekarzem wyprawy Robertem Szymczakiem. Ostatecznie podjęliśmy wspólnie decyzję o sprowadzaniu Elizabeth i zaprzestaniu próby dotarcia do Tomka. Dalsze ryzyko kontynuowania akcji było zbyt duże, a szanse na znalezienie Tomasza żywego niewielkie. Właściwie żadne.

Wyprawie na Broad Peak, która poszukiwała ciał Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego towarzyszyło hasło wypisane na banerze w bazie: „partnera nie zostawia się nigdy, nawet gdyby był bryłą lodu”. Co pan no to? Że granice każdy przekracza na własną odpowiedzialność?

Możemy rozważyć taką sytuację: zostaję z umierającym kolegą, skazując się w ten sposób na śmierć. Każdy z nas – wspinaczy/himalaistów – ma świadomość, że przekraczając granicę określonej wysokości, szczególnie zimą, w górach takich jak Karakorum musi liczyć się z tym, że nikt mu nie pomoże. Wysoko najczęściej nie ma takich sił i środków. Większość wspinaczy to wie. Tę świadomość nabywa się wraz ze zdobywanym doświadczeniem wysokogórskim. Jestem przekonany, że wszyscy, którzy na zawsze zostali wysoko w górach mieli świadomość ponoszonego ryzyka i nie oczekiwali od swoich partnerów pomocy kosztem ich własnego życia. Tak było też na Broad Peaku i teraz, na Nanga Parbat. Gdyby ktoś wcześniej zapytał Tomka, czy w takiej ekstremalnej sytuacji partner powinien ratować jego życie, narażając własne, na pewno powiedziałby „nie”. Ja bym tak powiedział. Nie chciałbym, by przy mnie i z powodu mnie ktoś umierał. Takiego poświęcenia nie można wymagać od swoich towarzyszy. Co innego jeśli są szanse, razem schodzimy, mamy sprzęt do przetrwania, biwaku, z dołu idzie wsparcie, butle z tlenem itp. Historia zna takie przypadki zakończone pełnym sukcesem, ale to nie są sytuacje często spotykane, nawet latem.

Podczas wyprawy na K2 wiele się wydarzyło. Po Nanga Parbat była samotna próba ataku na szczyt, podjęta przez Denisa Urubkę. W Polsce, w naszym miękkich fotelach i ciepłych mieszkaniach, została uzna za kontrowersyjną. Waszym sukcesem, poza zdobyciem szczytu, miała być dobra atmosfera w zespole. Tak mówił pan przed wyjazdem. I to się chyba nie udało.

Rzeczywiście tego egzaminu chyba nie zdaliśmy.

Z powodu Denisa Urubki?

Nie, nie oceniam tego, co zrobił szczególnie negatywnie.

Dlaczego?

Denis nigdy nie ukrywał, że dla niego zima kończy się razem z ostatnim dniem lutego. Publicznie o tym mówił i uzasadniał to wielokrotnie. Pozostaje pytanie, czy przed wyprawą ktoś rozmawiał z nim na ten temat, czy jasno powiedział, że według założeń K2 zamierzamy zdobywać do 20 marca. Tego nie wiemy. Jeśli nie, trudno się dziwić, że Denis podjął decyzję o samotnym wyjściu.

Ale zburzył nią porządek wyprawy.

W jakimś sensie tak, był niewątpliwie partnerem Adama Bieleckiego, byli najmocniejsi i najlepiej zaaklimatyzowani. Denis to bardzo mocny wspinacz, który ma swój świat. Jest niezależny, potrafi działać sam i wielokrotnie to udowodnił. Kończył mu się czas, chciał wyjść w górę i spróbować. Zrobił to. Inwestował i przygotowywał się do tej wyprawy przez ostatnie pół roku. Rozumiem, że zespół w bazie czuł się zawiedziony, bo tracąc Denisa praktycznie straciliśmy zespół na atak szczytowy, a czasu do 20 marca było coraz mniej. Denis i Adam razem, byli gotowi, by podjąć atak szczytowy, mieli aklimatyzację, a w pierwszych dniach marca było kilka dni bardzo dobrej pogody, mogliby je wtedy wykorzystać. Tak się nie stało. Szkoda, bo być może wszyscy świętowalibyśmy sukces.


Wstecz

Wasze komentarze (0)

Dodaj komentarz



Current month ye@r day *

Protected with IP Blacklist CloudIP Blacklist Cloud